(…) trzepotali się raczej, niż żyli, wydani dniom bez kierunku i
jałowym wspomnieniom - błąkające się cienie, które wtedy tylko mogły
nabrać sił, gdy zapuszczały korzenie w ziemię swych cierpień.
rok temu dziękowałam Bogu za nasze spotkanie. za to, że mogłam go poznać. Chciałam zostać Jego żoną, mieć dzieci i kochać Go do końca życia. co tam końca życia! do końca swiata....
dzis rok minął.
a ja siedzę żałosnie, walczę nieudolnie z myslami i próbuje ostatkami sił udawać, że jestem silna, niezależna i nikogo (a już na pewno nie Jego) potrzebuję.
jestem wyczerpana psychicznie. fizycznie. nie chcę po raz którys zaczynać roku ze łzami w oczach, samozaparciem i tysiącami obietnic, które wydają się spełniać w ciągu roku. tak własnie. wydają, bo tak własciwie wcale nic, a nic z nich w końcu nie wynika, a jak znów tkwie w punkcie wyjscia.
nienawidze Cię. szczerze. za to że traktujesz mnie w tak okropny sposób, a ja jak posłuszny kundelek podkulam ogon, odchodzę w kąt, by po chwili o wszystkim zapomniec i z merdającym ogonkiem przywitać Cię, gdy sobie o mnie przypomnisz.
a gówno w papierku to jeszcze nie cukierek! -tak na podsumowania tego roku.